To pytanie zawsze pada ciszej niż reszta rozmowy. Człowiek mówi normalnie o terminach, o tym, ile zdjęć dostanie, czy może być w swetrze, a potem robi malutką pauzę, przysuwa się bliżej telefonu i pyta:
„A pozna ktoś, że to z AI?"
Tym samym tonem, którym pyta się w aptece o coś na grzybicę. Nie o cenę pyta, nie o jakość. Pyta, czy będzie musiał się wstydzić.
Drogi czytelniku, zwróć uwagę, co się w tym pytaniu naprawdę mieści. Nie „czy to jest dobre zdjęcie". Nie „czy to będzie podobne". Tylko: czy mnie na tym złapią. Człowiek jeszcze niczego nie zrobił, a już zakłada, że robi coś, za co można zostać złapanym.
Granica istnieje naprawdę, tylko nikt jej nigdy nie narysował
Nikt nie pyta fryzjera, czy to oszustwo, że ostrzygł się przed rozmową o pracę. Nikt nie ma pretensji do krawca. Nikt nie uważa, że kobieta, która się umalowała, kłamie w żywe oczy, choć malowanie jest przecież dokładnie i wyłącznie zmianą tego, jak wygląda twarz.
A jednocześnie wszyscy czujemy, że gdzieś dalej ta granica jest. Że zdjęcie sprzed dwudziestu kilogramów to już nie jest retusz. Że wklejenie sobie cudzej szczęki to już nie jest światło.
Więc granica istnieje. Tylko nikt jej nigdy nie narysował i każdy z nas nosi w głowie własną wersję, przekonany, że wszyscy mają tę samą.
I dlatego to pytanie pada szeptem. Nie dlatego, że ludzie są nieuczciwi. Dlatego, że nie wiedzą, gdzie stoją, a wolą nie pytać na głos, żeby przypadkiem nie usłyszeć, że stoją źle.
Od drugiego sierpnia ktoś tę granicę wreszcie narysował — ołówkiem
Cztery dni temu, drugiego sierpnia 2026, zaczął być stosowany artykuł 50 unijnego rozporządzenia o sztucznej inteligencji, w skrócie AI Act. To jest ten przepis o przejrzystości. Mówi między innymi, że kto publikuje obraz stanowiący deepfake — czyli treść przedstawiającą istniejące osoby i sprawiającą wrażenie autentycznej, choć autentyczna nie jest — ma ujawnić, że została wygenerowana sztucznie. Za złamanie obowiązków z tego artykułu rozporządzenie przewiduje karę do piętnastu milionów euro albo trzech procent światowego obrotu.
Piętnaście milionów euro. Brzmi jak koniec świata, dopóki nie zajrzy się dalej.
Bo w tym samym rozporządzeniu, w artykule 2 ustęp 10, stoi zdanie, które większość nagłówków pomija: przepisów nie stosuje się do obowiązków osób fizycznych używających systemów AI w ramach czysto osobistej działalności pozazawodowej. Zdjęcie z AI wysłane siostrze na kartce świątecznej — poza zasięgiem. Kara idzie na firmy i na treści, które kształtują to, w co ludzie wierzą publicznie. Nie na Ciebie za awatar.
Tylko że LinkedIn nie jest kartką do siostry.
LinkedIn jest z definicji zawodowy. To jest jedyny portal, który ma zawodowość wpisaną w nazwę kategorii. I w tym miejscu zaczyna się obszar, w którym uczciwa odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Nie ma jeszcze ani jednej sprawy, ani jednej interpretacji krajowego organu, ani jednej decyzji, na której można by się oprzeć. Nie jestem prawnikiem i nie będę udawał, że wiem, jak to się skończy, bo w takich sprawach odpowiedź zawsze jest trudna.
Ale kierunek widać gołym okiem, i on jest ciekawszy od kar.
Za dwa lata pytanie zabrzmi odwrotnie
Rozporządzenie nakłada też na dostawców obowiązek znakowania — tak, żeby wygenerowany obraz dało się maszynowo rozpoznać jako wygenerowany. Nie chodzi o napis na zdjęciu. Chodzi o to, żeby informacja siedziała w pliku.
Popatrz, co z tego wychodzi. Za jakiś czas nie będzie się dało ukryć, że zdjęcie jest z AI, bo to będzie po prostu widać w pliku, tak jak dziś widać, jakim aparatem zrobiono fotkę. A kiedy czegoś nie da się ukryć, przestaje to być wstyd i staje się informacją.
Wtedy szeptane pytanie zniknie. Zastąpi je inne, zadane normalnym głosem: „to zdjęcie jest zrobione czy wygenerowane?". I odpowiedź „wygenerowane" nie będzie przyznaniem się do niczego, tak jak dziś nie jest przyznaniem się odpowiedź „robił mi to fotograf w studiu, z lampą".
Bo tam też była lampa, której nie ma w naturze. I retusz. I trzysta klatek, z których wybrano jedną.
Pytanie, przed którym nie da się uciec
A teraz Ty. Załóżmy, że jutro obok Twojego zdjęcia na profilu pojawia się mała etykieta: „wygenerowane przez AI". Nikt Cię nie pyta o zdanie, po prostu się pojawia.
Wzdrygnąłeś się?
Jeżeli tak, to sprawa nie dotyczy prawa. Dotyczy tego, czy Twoje zdjęcie pokazuje Ciebie, czy kogoś, kim chciałbyś być. Etykieta jest groźna tylko wtedy, gdy ma co zdradzić.
Ja swoje pierwsze wygenerowane zdjęcie kasowałem trzy razy, zanim je wrzuciłem. Nie dlatego, że było złe. Dlatego, że było o pół stopnia za dobre — i wiedziałem, że ktoś na spotkaniu zobaczy różnicę. Wrzuciłem dopiero to, przy którym nie musiałem nic tłumaczyć. Nie zrobiłem tego z uczciwości. Zrobiłem to ze strachu, że wyjdzie, i dopiero po fakcie zorientowałem się, że strach doradził mi dobrze.
To jest cała reguła, prostsza niż każde rozporządzenie. Zdjęcie ma być takie, przy którym nie musisz niczego tłumaczyć, kiedy wejdziesz do sali. Jeżeli tak jest, możesz mówić spokojnie i na głos, że jest z AI, i nikt nie mrugnie. Właśnie tak Profilówka jest pomyślana.
Więc przestań pytać szeptem. Zapytaj normalnie, wybierz zdjęcie, przy którym nie kręcisz, i wrzuć je jeszcze w tym tygodniu.
Czego i Tobie życzę.