Michał ma czterdzieści jeden lat i jest doradcą. Dobrym — z tych, co pamiętają, że klientowi chorowała teściowa, i dzwonią po dwóch tygodniach zapytać, jak poszło. Na LinkedIn ma zdjęcie z wesela szwagra. Rok 2019, marynarka pożyczona, kadr przycięty tak nieszczęśliwie, że przy jego ramieniu wisi w powietrzu cudza dłoń z kieliszkiem. Michał wie, że to złe zdjęcie. Mówi, że zmieni.
Mówi tak od czterech lat.
Drogi czytelniku, ja i Ty wiemy, jak to się skończy. Najpierw trzeba znaleźć fotografa. Potem się okaże, że fotograf ma wolny termin za trzy tygodnie, a wtedy akurat wyjazd. Potem trzeba by zrzucić te cztery kilo, bo skoro już płacić, to niech chociaż wyjdzie dobrze. Potem jest listopad i cera nietęga. A potem już głupio wracać do tematu, bo minął rok.
Nie dlatego, że Michał jest leniwy. On sobie po prostu odpowiedział na pytanie, którego nie zadał. A pytanie brzmiało: ile jestem wart z twarzy?
I to uwiera. Prosta psychologia.
Dziesiąta część sekundy
Janine Willis i Alexander Todorov z Princeton opublikowali w 2006 roku w „Psychological Science" badanie, które powinno wisieć w każdej sali szkoleniowej w tym kraju. Pokazywali ludziom twarze nieznajomych przez sto milisekund. Jedną dziesiątą sekundy. Potem prosili o ocenę: atrakcyjność, sympatia, kompetencja, wiarygodność.
Następnie pokazywali te same twarze bez ograniczenia czasu. Tyle, ile ktoś chciał patrzeć.
Oceny się nie zmieniły. Dodatkowy czas nie poprawił niczego — zmieniła się tylko pewność siebie oceniających i to, że sądy stawały się surowsze. Najsilniejsza zgodność wyszła przy wiarygodności. Czyli akurat przy tej cesze, którą Michał sprzedaje.
Więc kiedy rekruter, klient albo prezes, do którego napisałeś, otwiera Twój profil — decyzja o Tobie zapada, zanim zdąży przeczytać nagłówek. Nie jest to sprawiedliwe. Jest to natomiast fakt i mamy z nim żyć.
Liczby, którym warto zajrzeć pod podszewkę
LinkedIn twierdzi, że profil ze zdjęciem dostaje dwadzieścia jeden razy więcej wyświetleń i dziewięć razy więcej zaproszeń niż profil bez zdjęcia. To dane samego LinkedIna, więc traktujmy je jak zeznanie zainteresowanego. Ale nawet gdyby prawdziwa liczba była pięć razy mniejsza, wniosek nie drgnie.
Ciekawiej robi się gdzie indziej. Digital Services Act zmusił platformy do pokazania, ilu naprawdę mają w Europie użytkowników. LinkedIn podał za pierwszą połowę 2025 roku: dwa i pół miliona miesięcznie zalogowanych osób w Polsce. Mediapanel za lipiec 2025 naliczył 4,56 miliona, ale w tej liczbie siedzą też ci, którzy weszli bez logowania — czyli przypadkiem, z Google.
Zestaw to sobie z sześcioma-siedmioma milionami polskich kont, o których od lat mówią raporty branżowe. Większość z nich to nie są ludzie. To są nagrobki. Założone przy zmianie pracy, uzupełnione w połowie, ze zdjęciem z wakacji albo bez zdjęcia w ogóle.
Kurtyna.
I to jest dobra wiadomość, drogi czytelniku, tylko trzeba ją odwrócić. Konkurencja o uwagę na tym rynku jest pozorna. Nie ścigasz się z sześcioma milionami profesjonalistów. Ścigasz się z garstką, która się loguje, i w tej garstce znaczna część wygląda jak Michał na weselu szwagra.
To nie jest próżność i przestańmy udawać, że jest
Jest taka nasza cicha umowa, że dbanie o swoją twarz w internecie to coś niepoważnego. Że porządny fachowiec ma robić robotę, a nie się fotografować. Znam tę śpiewkę, bo sam ją długo nuciłem.
Tylko że nikt nie mówi tak o wizytówce. Nikt nie mówi, że wydrukowanie czytelnego numeru telefonu to próżność. Nikt nie ma pretensji do prawnika, że kupił garnitur zamiast przyjść w dresie, choć przecież paragrafy zna tak samo w jednym i w drugim.
Zdjęcie profilowe to jest dziś Twoja wizytówka, Twój garnitur i Twój uścisk dłoni naraz. I działa w dziesiątej części sekundy, zanim ktokolwiek zdąży się dowiedzieć, że jesteś porządny.
Pytanie, którego wolałbyś nie dostać
A teraz pytanie do Ciebie. Bo Ty oczywiście masz dobre zdjęcie, prawda?
Nie takie z wesela. Nie takie sprzed ośmiu lat, kiedy było więcej włosów. Nie selfie w aucie na parkingu przed spotkaniem. Zdjęcie, na którym patrzysz w obiektyw jak człowiek, do którego można zadzwonić z problemem.
Masz? To świetnie. Idź dalej, ten tekst nie jest o Tobie.
A jeżeli nie masz — to zanim zrzucisz to na brak czasu, sprawdź uczciwie, czy przypadkiem nie chodzi o to samo, o co chodziło Michałowi. Bo brak czasu jest najwygodniejszym z wszystkich strachów. Nie trzeba się do niego przyznawać ani przed sobą, ani przed żoną.
Ja swoje stare zdjęcie trzymałem dokładnie z tego powodu. I zbudowałem Profilówkę nie dlatego, że jestem fotografem, tylko dlatego, że sam byłem Michałem i wolałem rozwiązać to raz, a porządnie, niż tłumaczyć się sobie jeszcze przez czwarty rok.
Zrób to zdjęcie w tym tygodniu. Nie w przyszłym, nie po wakacjach, nie jak zrzucisz te cztery kilo — bo nie zrzucisz, a jak zrzucisz, to znajdziesz coś innego. Zrób je i wrzuć, nawet jeżeli będzie tylko dobre, a nie idealne.
Idealne masz od ośmiu lat. To właśnie ono wisi na weselu szwagra.
Czego i Tobie życzę.