Iwona z marketingu otwiera we wtorek rano prezentację kwartalną, tę samą co zawsze, i widzi w pasku narzędzi przycisk, którego w piątek nie było. Klika, bo każdy by kliknął. Do południa ma czterdzieści obrazków: biurowiec o zachodzie słońca, dłonie nad klawiaturą, wykres, który rośnie, i dwa razy tę samą filiżankę kawy w innym świetle. Żaden nie kosztował ani złotówki, bo firma i tak płaci za ten pakiet od czterech lat.
W czwartek potrzebuje jednego zdjęcia na ostatni slajd, ten z kontaktem. Swojego.
I te czterdzieści obrazków nie pomaga w niczym.
Drogi czytelniku, ten przycisk masz teraz najprawdopodobniej i Ty, i to jest pierwsza rzecz, którą warto sprawdzić po przeczytaniu tego tekstu. Pierwszego września Google udostępnił w pakiecie biurowym narzędzie do tworzenia i poprawiania obrazów — nazywa się Google Pics, stoi na modelu Nano Banana i robi rzeczy, za które jeszcze niedawno płaciło się osobno. Zaznaczasz jeden przedmiot w kadrze i zmieniasz tylko jego. Poprawiasz albo tłumaczysz napis wewnątrz obrazka, nie ruszając układu. Powiększasz do czterech tysięcy pikseli szerokości. Cofasz się do dowolnej wcześniejszej wersji. Pracujesz w Dokumentach i Prezentacjach, a Dysk dochodzi w kolejnych tygodniach.
Trzy szczegóły z komunikatu Google, bo one ważą więcej niż lista funkcji. To jest włączone domyślnie — wyłączyć może dopiero administrator, więc nikt nikomu tego nie sprzedawał, po prostu pewnego ranka było. Dostają to firmy na planach Business Standard i Plus oraz Enterprise Standard i Plus, a prywatnie abonenci Google AI Pro i Ultra; najtańszy plan firmowy zostaje na lodzie. I podwyższone limity generowania obowiązują „co najmniej do 28 lutego 2027", co jest uprzejmym sposobem powiedzenia, że potem porozmawiamy o cenie.
Umiejętność robienia obrazków właśnie przestała być czymkolwiek wartym pieniędzy
To nie jest zła wiadomość i nie zamierzam udawać, że jest. Firma z miliardem kont rozdała ludziom narzędzie, za które kiedyś brało się abonament, i większość rzeczy, które w pracy trzeba narysować, da się teraz narysować za darmo. Biurowiec o zachodzie słońca kosztuje dziś tyle, co kliknięcie.
Otóż właśnie dlatego, że kosztuje tyle co kliknięcie, przestał cokolwiek znaczyć.
Generator jest genialny w robieniu rzeczy, których nikt nie zna z widzenia. Nikt nie wie, jak wygląda „biurowiec o zachodzie", więc każdy taki obrazek jest poprawny. Twoja twarz jest w tej prezentacji jedyną rzeczą, którą ktoś potrafi sprawdzić — bo za tydzień zobaczy Cię na spotkaniu, na wideo albo w windzie. Obrazek nie ma świadka. Ty go masz.
I tu zaczyna się różnica, której nie widać, dopóki się nie spróbuje. Poproś generator dziesięć razy o swój portret, a dostaniesz dziesięć osób, które są do Ciebie podobne i nie są Tobą — trochę inny nos, trochę inne oczy, za każdym razem lekko ktoś inny. Zdjęcie profilowe potrzebuje czegoś odwrotnego: żeby na dziesięciu ujęciach, w różnym świetle i w różnych ubraniach, był ten sam człowiek. To jest osobna robota, nazywa się nauczeniem modelu jednej konkretnej twarzy, i pakiet biurowy jej nie wykonuje — bo nie po to powstał.
AI
AI
AI
AIA teraz pytanie do Ciebie, drogi czytelniku, i uprzedzam, że jest nieprzyjemne. Skoro masz to narzędzie od tygodnia w abonamencie, za który Twoja firma i tak płaci — sprawdziłeś je już? Bo jeżeli nie, to znaczy, że nie chodzi o pieniądze i nigdy nie chodziło. Chodzi o to, że nie usiadłeś. Tak samo, jak nie usiadłeś do zdjęcia profilowego przez ostatnie sześć lat.
Mam w tym swój udział i wolę go nazwać, zanim wyjdzie inaczej. Przez rok mówiłem ludziom, że przewaga siedzi w modelu — że my mamy lepszy. To było wygodne i nieprawdziwe. Modele wyrównują się co kilka miesięcy i właśnie dostaliśmy na to dowód w postaci przycisku w cudzej prezentacji. Przewaga, jeżeli jakaś jest, siedzi w tym, czy ktoś wie, co ma z tego wyjść: żeby to była ta sama twarz, żeby światło nie kładło cienia pod okiem, żeby dało się z tego wyciąć kwadrat na profil i wydruk na wizytówkę. Dorzucę do rachunku jeszcze jedno wyznanie, skoro już jesteśmy przy uczciwości: poczta mojej własnej firmy stoi na najtańszym planie Workspace, czyli na tym, który tej funkcji nie dostał. Sprzedaję zdjęcia z AI i nie mam tego przycisku u siebie.
Jest jeszcze warstwa, o której łatwo zapomnieć: od drugiego sierpnia takie obrazy trzeba w Unii oznaczać, a to nie jest kwestia dobrego wychowania, tylko przepisu — pisałem o tym osobno w tekście „A pozna ktoś, że to z AI?".
Więc zrób ten test, dzisiaj albo jutro, zanim zapomnisz. Wejdź w narzędzie, które masz już opłacone, i wygeneruj swój portret. Potem obejrzyj cztery takie obrazki obok siebie i odpowiedz sobie na jedno pytanie: czy to jest ten sam człowiek. Jeżeli tak — zamknij tę stronę, nie potrzebujesz Profilówki ani nikogo innego. Jeżeli nie, to już wiesz, za co się w tej sprawie płaci, i nie jest to model.
Czego i Tobie życzę.