Przejdź do treści
Profilówka
Wszystkie teksty

Powiedz, że to z AI. Stracisz na zdjęciu, nie na sobie

Marcin Szmidtke5 min czytania

Kamila siedzi z telefonem od dwudziestu minut. Zdjęcie jest dobre — pierwsze od siedmiu lat, na którym nie zasłania się kubkiem i nie jest wycięta z czyjegoś wesela. Herbata obok zdążyła wystygnąć, kot dwa razy przeszedł po klawiaturze. Palec wisi nad przyciskiem, tylko nie nad tym, który publikuje. Nad polem na opis. Wpisała tam „zdjęcie wygenerowane przez AI", skasowała, wpisała znowu, skasowała.

Nie boi się kłamstwa. Boi się zdania, które sama ma o sobie napisać.

Drogi czytelniku, to wahanie jest dziś powszechniejsze, niż ktokolwiek się przyznaje, i ma w środku bardzo konkretny lęk: że przyznanie się do narzędzia przekreśli człowieka. Że ktoś przeczyta „wygenerowane przez AI" i pomyśli nie „aha, ładnie zrobione", tylko „aha, ściemnia". Jedno zdanie, a stawką jest to, za kogo Cię biorą.

Oglądający ocenia dwie rzeczy naraz i myli je ze sobą

Kiedy patrzysz na cudzy portret, w Twojej głowie dzieją się dwie osobne rzeczy i przez całe życie nikt Ci ich nie rozdzielił. Pierwsza to ocena obrazka: czy dobrze zrobiony, czy światło ładne, czy nie za gładko. Druga to ocena człowieka: czy wygląda na kogoś, komu powierzyłbyś sprawę. To są dwie różne opinie o dwóch różnych rzeczach — o zdjęciu i o twarzy na nim — ale wychodzą z nas sklejone w jedno uczucie i dlatego wydaje nam się, że kto podważy zdjęcie, ten podważy człowieka.

Otóż nie. I to akurat ktoś policzył.

W tym roku w czasopiśmie naukowym „Cyberpsychology" ukazało się badanie zespołu Long, Xiao, McCray i współpracowników. Osiemset siedemnaście dorosłych osób ze Stanów Zjednoczonych oceniało zdjęcia profilowe — każdy uczestnik trzy, w sumie dwanaście par porównawczych, w których naprzeciw zdjęcia z AI stawiano zdjęcie od zawodowego fotografa. Połowa oceniających wiedziała, skąd pochodzi obraz, połowa nie. Badacze ogłosili z góry, czego będą szukać, zanim zebrali choćby jedną odpowiedź — to jest zabezpieczenie przed najstarszą sztuczką w nauce, czyli dobieraniem wniosku do wyniku po fakcie.

Wyszło im coś, co warto przeczytać dwa razy.

Zdjęcia z AI dostały wyższe noty za jakość niż zdjęcia od zawodowego fotografa. Wyższe, nie takie same. Ujawnienie, że obraz jest z AI, te noty obniżyło — o mniej więcej tyle, ile wcześniej zyskały, więc zdjęcie z podpisem wracało z grubsza do poziomu fotografii z sesji. To już moja arytmetyka na ich liczbach, nie ich wniosek, więc bierz ją z takim marginesem.

Natomiast ocena samego człowieka — czy jest wiarygodny, czy sympatyczny — po ujawnieniu nie drgnęła. Różnice były tak małe, że mieszczą się w przypadku; w języku badaczy nazywa się to brakiem istotności statystycznej, a po ludzku znaczy tyle, że gdyby badanie powtórzyć, równie dobrze mogłyby wyjść w drugą stronę.

Portret Marty przy oknie, beżowa marynarka, naturalne światło z lewej stronyAI
Za to zdjęcie ktoś może obniżyć ocenę zdjęciu. Nie obniża jej człowiekowi na zdjęciu — i to jest cała różnica, o którą tu chodzi.Zdjęcie wygenerowane przez AI.

Karę płaci obrazek, nie Ty

Popatrz, co z tego wynika, bo to jest dokładnie odwrotność tego, czego się boimy. Kiedy dopisujesz „wygenerowane przez AI", oddajesz część podziwu dla zdjęcia. Nie oddajesz zaufania do siebie. Rachunek wystawiony jest obrazkowi, nie Tobie.

I teraz pytanie do Ciebie, drogi czytelniku, bo Ty oczywiście masz to już przemyślane. Czego dokładnie się boisz — że pomyślą, że Twoje zdjęcie jest podrasowane, czy że pomyślą, że podrasowany jesteś Ty? Bo to są dwie zupełnie różne obawy i tylko jedna z nich ma pokrycie w tym, co ludzie faktycznie robią, kiedy się ich o to zapyta.

Uczciwie: badano Amerykanów, nie Polaków, i badano zdjęcia profilowe w ogóle, a nie konkretnie rekrutację na stanowisko, o które właśnie się starasz. Nie twierdzę, że to zamyka sprawę. Twierdzę, że to jest jedyny pomiar, jaki mamy, i mówi coś innego niż nasz strach.

Mam w tej sprawie własny udział i wolę go nazwać sam. Przez pierwszy rok odpowiadałem klientom na pytanie „a mam komuś mówić, że to z AI?" zdaniem „nie musisz nikomu nic tłumaczyć". Brzmiało rozsądnie. Było wygodne, bo zdejmowało temat ze mnie i z nich. I było zgadywanką — nie wiedziałem wtedy, co się dzieje z oceną człowieka po ujawnieniu, po prostu zakładałem najgorsze i doradzałem milczenie. Doradzałem je ludziom, którzy podejmowali na tej podstawie decyzje o własnym wizerunku.

Dziś doradzam odwrotnie, i to nie z powodu przepisów, choć te też są — od drugiego sierpnia tego roku obowiązek oznaczania takich obrazów wynika wprost z unijnego prawa i pisałem o tym osobno w tekście „A pozna ktoś, że to z AI?". Doradzam odwrotnie, bo milczenie kosztuje więcej niż zdanie. Zdanie kosztuje ułamek oceny zdjęcia. Milczenie kosztuje całą rozmowę, którą będziesz musiał odbyć, kiedy ktoś zapyta, a Ty się zatniesz.

Profilówka robi te zdjęcia i mówi wprost, skąd są. To jest najmniej ważne zdanie w tym tekście.

Ważne jest to: jeżeli masz dobre zdjęcie i wstrzymuje Cię jedno zdanie w podpisie, napisz je dzisiaj. Krótko, bez tłumaczenia się na trzy akapity, bez przepraszania. „Portret wygenerowany przez AI" wystarczy. Potem wróć do roboty, bo nikt nie będzie o tym myślał dłużej niż Ty przez te dwadzieścia minut nad wystygłą herbatą.

Czego i Tobie życzę.

Zdjęcie, do którego nie trzeba się tłumaczyć

Wgrywasz kilkanaście selfie, dostajesz komplet portretów w kilku stylach. Bez fotografa i bez wychodzenia z domu.