Czterdzieści osiem procent kandydatów używa AI. Siedem procent firm mówi, czy wolno
Kandydat siedzi nad CV o wpół do jedenastej wieczorem, w kuchni, z kubkiem herbaty, który dawno wystygł. Model podpowiedział mu zdanie o „umiejętności zarządzania priorytetami w środowisku wielozadaniowym" — brzmi dobrze, prawie za dobrze — więc je kasuje. A nuż to wykryją. Zostawia za to zdanie własne, gorsze, o „umiejętności pracy pod presją czasu", bo przynajmniej jest na pewno jego. W drugiej karcie przeglądarki ma otwarty formularz rekrutacyjny tej samej firmy. Odpowiada na pytania, które ktoś po drugiej stronie też wygenerował, tylko innym modelem. On o tym nie wie. Ona nie wie, że on się bał.
Drogi czytelniku, zgadnij, kto ustalił, gdzie w tej sytuacji jest granica między „pomogłem sobie" a „oszukałem".
Nikt. On sam. W środku nocy. Na oko.
Strachu nie da się zasadą, bo zasady po prostu nie ma
Człowiek, który nie zna reguł gry, nie przestaje grać. Zaczyna zgadywać — i zgaduje zawsze na swoją niekorzyść, bo strach liczy ostrożniej niż rozsądek. Dlatego kandydat kasuje dobre zdanie, a zostawia gorsze swoje. Nie dlatego, że jest nieuczciwy. Dlatego, że nikt mu nie powiedział, gdzie kończy się pomoc, a zaczyna oszustwo, więc sam ustawił sobie granicę o metr za daleko, żeby na pewno być bezpiecznym.
Gdyby ktoś po drugiej stronie stołu powiedział wprost: to możesz, tego nie — przestałby zgadywać. Ale nikt nie powiedział.
Znam to uczucie z własnej roboty, tylko z odwrotnej strony. Zanim zaczyna się cokolwiek tłumaczyć klientowi, trzeba najpierw samemu wiedzieć, gdzie się stoi. A ja przez dłuższą chwilę nie wiedziałem — o czym za moment.
Nawet ci, którzy mieliby to powiedzieć, nie mówią tego samo
Raport Pracuj.pl „Od Candidate Experience do Shared Experience" (kwiecień 2026): 48 procent kandydatów korzystało z AI na którymś etapie rekrutacji. Zasady jej używania — spisane i zakomunikowane kandydatom — ma tylko 7 procent firm. Prawie połowa rynku robi coś, na co druga strona w ogóle nie ma zdania.
To nie jest zapóźnienie techniczne. To jest cisza, w którą każdy wchodzi z własnym strachem. 45 procent kandydatów wprost przyznaje, że boi się, że pracodawca oceni ich negatywnie za korzystanie z AI — według tego samego raportu.
I tu robi się naprawdę ciekawie, bo nawet rekruterzy, czyli ci, którzy mieliby tę zasadę napisać, nie zgadzają się między sobą. W tym samym raporcie 67 procent z nich akceptuje, gdy kandydat użył AI, żeby przygotować się do rozmowy. Przy odpowiadaniu na pytania w trakcie samej rozmowy akceptację deklaruje już tylko 3 procent. Ta sama grupa zawodowa, to samo narzędzie, dwie skrajnie różne oceny — w zależności od tego, na którym etapie procesu AI się pojawiło.
Skoro fachowcy od rekrutacji nie potrafią ustalić między sobą jednej granicy, jakim cudem miałby to zrobić kandydat, siedząc sam nad klawiaturą?
Unijne rozporządzenie o systemach sztucznej inteligencji, w skrócie AI Act, już dziś nazywa narzędzia, którymi firmy same selekcjonują kandydatów, systemem wysokiego ryzyka — tak samo traktuje się sprzęt medyczny albo windę: wolno go używać, ale pod dodatkowym nadzorem, bo błąd kosztuje kogoś konkretnego. Te obowiązki zaczną obowiązywać od grudnia przyszłego roku. To inny fragment tego samego rozporządzenia i inna osoba niż w tekście „A pozna ktoś, że to z AI?" — tam chodziło o obowiązek wobec pracodawcy publikującego zdjęcie, tu chodzi o algorytm, którym pracodawca sam selekcjonuje ludzi. Regulator zajął się więc narzędziem po stronie firmy. Strachem kandydata po drugiej stronie ekranu nie zajął się nikt.
A teraz Ty, drogi czytelniku. Jeśli kiedykolwiek rekrutowałeś, choćby raz, do własnej małej firmy — czy powiedziałeś komuś wprost, na co mu pozwalasz, zanim on zaczął zgadywać? Czy masz to gdzieś spisane, czy tylko w głowie? Czy różni się to, co byś odpowiedział w poniedziałek, od tego, co powiesz w piątek po długim tygodniu? Bo jeśli różni się nawet Tobie — to skąd niby miał wiedzieć kandydat.
Ja też nie miałem tej reguły od razu
Pierwsi klienci pytali mnie wprost: skoro zdjęcie i tak jest wygenerowane, to czy mogę sobie w opisie profilu dopisać kompetencję, której jeszcze nie mam, bo niedługo się jej nauczę. Odpowiadałem różnie, zależnie od dnia i od tego, jak bardzo lubiłem akurat tę osobę. Raz powiedziałem „śmiało", raz „no nie wiem, chyba jednak nie" — temu samemu pytaniu, w odstępie tygodnia. Nie miałem zdania. Miałem tylko przeczucie, że coś tu jest nie tak, i żadnej reguły, którą mógłbym pokazać.
Dopiero po którymś telefonie usiadłem i to spisałem, zamiast dalej improwizować. Wyszło jedno zdanie: wolno poprawić zdjęcie zrobione z Twoich własnych selfie, nie wolno wygenerować twarzy ani kompetencji, które nie są Twoje.
AITen podział mam dziś zapisany w regulaminie Profilówki, ale zanim go spisałem, przez pół roku sam byłem tym kandydatem z pierwszego akapitu — zgadywałem na oko, tylko po drugiej stronie biurka.
Więc nie pisz tego zdania dla kandydatów. Napisz je najpierw dla siebie.
Usiądź dziś, nie w przyszłym tygodniu, i zapisz jedną regułę: co wolno, a czego nie wolno w procesie, za który odpowiadasz. Jedno zdanie starczy, dłuższe i tak nikt nie przeczyta. Powieś je tam, gdzie zobaczy je człowiek, zanim zacznie zgadywać nad CV w środku nocy, tak jak on na początku tego tekstu.
Czego i Tobie życzę.