Przejdź do treści
Profilówka
Wszystkie teksty

Znaczek mówi, gdzie pracowałeś. O twarzy nie mówi nic

Marcin Szmidtke4 min czytania

Joanna kupuje dla hurtowni budowlanej pod Łodzią. W czwartek o dziesiątej ma w kawiarni przy rondzie spotkanie z Pawłem, który sprzedaje pompy ciepła. Dzień wcześniej obejrzała jego profil na LinkedInie i kliknęła w znaczek przy nazwisku. Tożsamość potwierdzona. Dwóch byłych współpracowników potwierdza, że z nim pracowali. Pomyślała: przynajmniej ten jest prawdziwy.

Zamawia herbatę z cytryną, siada twarzą do wejścia i czeka.

Paweł wchodzi za dwie dziesiąta. Joanna podnosi wzrok, przesuwa nim po nim i wraca do drzwi.

Zdjęcie na profilu jest przycięte z firmowej wigilii sprzed dziewięciu lat, z czyimś ramieniem w kadrze.

Kurtyna.

Znasz tę scenę, drogi czytelniku. Może z jednej strony stolika, może z drugiej. Ale zwróć uwagę, co tu naprawdę zabolało. Nie samo stare zdjęcie — stare zdjęcia ma pół LinkedIna. Zabolało to, że dzień wcześniej Joanna kliknęła w znaczek i uwierzyła. Pierwsza rzecz, którą sprawdziła na żywo, nie zgodziła się z tym, co jej obiecano. A obiecał to, w jej głowie, ten znaczek.

Sprawdzono wszystko, poza tym, co widać pierwsze

Dwudziestego trzeciego września 2026 roku LinkedIn ogłosił na swojej stronie prasowej, że ponad 115 milionów użytkowników potwierdziło już tożsamość albo miejsce pracy i że weryfikuje się 75 osób na minutę. Do tego testuje nowość: zweryfikowani potwierdzają swoim kontaktom, że rzeczywiście razem pracowali albo studiowali. Kto zbierze dość takich potwierdzeń, dostaje znaczek. Jak to ujął portal Malwarebytes, potwierdza się przynależność, nie umiejętności — nikt nie ręczy, że jesteś dobry, tylko że byłeś tam, gdzie piszesz. Porządna robota, zwłaszcza że zmyślonych kandydatów ma przybywać; pisałem o tym w tekście „Do 2028 co czwarty kandydat będzie zmyślony”.

Ale zajrzyjmy, jak się weryfikuje samą tożsamość. Jedną z dróg prowadzi dla LinkedIna zewnętrzna firma, Persona. W jej opisie procedury są dwie rzeczy: paszport — odczytany z chipa albo sfotografowany — i selfie, czyli zdjęcie własnej twarzy zrobione aparatem w trakcie weryfikacji. Twarz z paszportu i twarz z selfie są porównywane ze sobą jeden do jednego — czy człowiek przed obiektywem to ten z dokumentu.

O zdjęciu profilowym w tym opisie nie ma ani słowa.

Przez chwilę ktoś miał więc Twoją dzisiejszą twarz, zmierzył ją, porównał z paszportem i na tym skończył. Na profilu zostało zdjęcie sprzed dekady. Ze znaczkiem obok.

Przegląd mówi o hamulcach, nie o całym aucie

Pieczątka w dowodzie rejestracyjnym mówi jedno: w dniu przeglądu działały hamulce, światła i jeszcze kilka rzeczy z listy. Nic więcej. A kupujący używane auto czyta ją jako „auto w porządku” i rzadziej zagląda pod spód. Znaczek przy nazwisku działa tak samo. Mówi, zależnie od rodzaju, że ktoś sprawdził tożsamość albo miejsce pracy, a oko czyta „tu wszystko jest sprawdzone” — razem ze zdjęciem, które stoi pół centymetra obok i którego nikt nie oglądał.

Dlatego stare zdjęcie ze znaczkiem jest gorsze niż stare zdjęcie bez niego. Bez znaczka Joanna zakładałaby, że profil może być trochę nieaktualny, jak każdy. Ze znaczkiem uwierzyła — i zawód w drzwiach zabolał bardziej. Kiedy taki zgrzyt między obrazem a człowiekiem boli, a kiedy nie, opisywałem w tekście „Dług, który spłacasz w pierwszej minucie spotkania”. Znaczek po prostu podnosi poprzeczkę, którą zdjęcie musi przeskoczyć.

I podnosi je coraz większej liczbie oglądających. W tym samym ogłoszeniu LinkedIn pisze, że zweryfikowani mają o połowę więcej zaangażowania pod postami i blisko dziewięćdziesiąt procent więcej wyświetleń profilu. To liczby samego LinkedIna, bez opisu, jak je policzono, więc traktuj je jak zapewnienie sprzedawcy o własnym towarze. Ale jeśli mu wierzyć, profil ze znaczkiem ma prawie dwa razy więcej wyświetleń. Przy każdym z nich najpierw widać zdjęcie.

Marta w kremowym swetrze z okrągłym dekoltem i beżowych spodniach, z rękami w kieszeniach, przy drewnianej ścianieAI
Zdjęcie obok znaczka ma jedno zadanie, którego żaden znaczek nie sprawdzi: żeby ktoś Cię po nim poznał w drzwiach kawiarni.Zdjęcie wygenerowane przez AI.

Nikt tego nie mierzy, więc zmierz sam

A teraz pytanie do Ciebie, drogi czytelniku. Kiedy ostatnio ktoś Cię nie poznał przy pierwszym spotkaniu? A może nie wiesz, bo nikt Ci tego nie powiedział? Joanna Pawłowi też nie powie. Uściśnie mu rękę, wypije herbatę, a przy wyborze oferty przypomni sobie, że coś jej się nie zgadzało. Nie będzie pamiętała co.

Nie wiem, ile z tych 115 milionów zweryfikowanych profili ma zdjęcie sprzed pięciu lat. LinkedIn tego nie podaje i ja też tego nie zmierzę. Wiem za to, że moje narzędzie też potrafi zrobić Cię ładniejszym, niż jesteś w czwartek rano — światło, marynarka, tło. Znaczek tego nie wyłapie. Profilówka robi portret z selfie, które wgrywasz teraz, nie z albumu sprzed dekady, ale nawet wtedy pytanie, czy to wciąż Ty, zadajesz sobie Ty, nie znaczek.

Zrób dziś jedną rzecz. Otwórz swój profil i sprawdź, co potwierdza znaczek przy Twoim nazwisku — tożsamość, firmę, studia. Potem spójrz na zdjęcie pół centymetra obok i zadaj sobie to samo pytanie: czy ktoś to sprawdził? Jeśli odpowiedź brzmi „nikt, od 2019 roku” — to zdjęcie wymieniasz pierwsze, przed nagłówkiem i przed opisem.

Czego i Tobie życzę.

Zdjęcie, do którego nie trzeba się tłumaczyć

Wgrywasz kilkanaście selfie, dostajesz komplet portretów w kilku stylach. Bez fotografa i bez wychodzenia z domu.